RSS
czwartek, 08 listopada 2012

Pojechaliśmy do P. Zdradzać imienia nie mogę, bo w Helsinkach wszyscy się znają, a P. mógłby mieć przez nas kłopoty. Nie wiem dokładnie jakie kłopoty, ale powiedział, że mógłby mieć, więc mu wierzymy. Pojechaliśmy do dzielnicy Pasila z dworca głównego. Bałem się, że nie wsiądziemy do odpowiedniego pociągu - bo niby wszystkie zatrzymywać miały się w Pasila, ale większość to były ekspresy i inne dalekobieżne. I słusznie się bałem, bo gdybyśmy przegapili stację, na następnej zatrzymalibyśmy się trzy godziny później, a nazywałaby się Sankt Petersburg.

Ale udało się. Jednak.

Z Pasila do Kallio już niedalek, pięć minut pieszo. P. nas odebrał, więc nie było kłopotu. Był lipiec, połowa lipca. A w Helsinkach szaro - bure chmury, popadujący od czasu do czasu deszcz. Chociaż akurat nie w Kallio. Lać zaczęło, kiedy przekroczyliśmy most pomiędzy Kallio a centrum.

- Teraz już wiecie, dlaczego nigdy nie przekraczam tej granicy - mówił P. - Tam po prostu jest inaczej. Gorzej. Wredniej. To całe centrum to żadne prawdziwe Helsinki tylko jakaś atrapa zrobiona pod turystów. Ale Kallio to już pełna kulturka. Oglądamy więc. Tak samo szaro - bure kamienice i czyste, ale też szaro - bure ulice poprzetykane tajskimi przybytkami. Restauracjami i salonami masażu. Taaaa, salonami masażu, hehehee - śmieje się P.

Te ulice wychowały P. Na tym boisku, gdzie nigdy nie wyrosło choćby źdźbło trawy, uczył się grać w piłkę (teraz gra w IV lidze!), tu obok jako dzieciak podkradał cukierki ze sklepów, o tu, nieopodal tego skrzyżowania dilował marichuanę i haszysz, za co trafił na siedem miesięcy do więzienia. Prawdę mówiąc, nie znaliśmy P. od tej strony. Ale doceniamy jego szczerość i szorstkość opowieści, nie znosimy dupolizów i tych, co kolorują historie/ biografie, zwłaszcza własne. Prawdę mówiąc, teraz dopiero zrozumieliśmy, co miał P. na myśli, mówiąc że może mieć kłopoty.

Chciałbym napisać, że to były dla P. czasy burzy i naporu, heee - przeszłość, panie, przeszłość, młodość durna i chmurna... Ale nie napiszę. No nie mogę zwyczajnie. :)

środa, 22 sierpnia 2012



Leh, a w zasadzie cały Ladakh to prawdziwy raj dla motocyklistów, zwłaszcza takich spod znaku Easy Rider. Całe zastępy białasów przyjeżdżają tu właśnie po to, by w Manali lub w Leh wypożyczyć lub kupić potężnego (500 cc) Royal Enfielda i ruszyć w góry. Oczywiście nikt nie przejmuje się tutaj takimi głupstwami jak prawo jazdy :) czy ubezpieczenie :( Jak się na trasie zabijesz lub połamiesz, to tylko twój problem. Ale o wypadkach prawie nie słychać. Royal Enfield to taki indyjski harley davidson, jeździ się nim wolno, dostojnie. Nawet mocarne pyr-pyr-pyr  z rury wydechowej budzi szacunek. Codziennie widzę na wąskich uliczkach Leh brodatych (chociaż tu brody są krótsze, w żadnym wypadku ZZ Top) facetów, nierzadko z kobietami na tylnym siedzeniu, bez pośpiechu defilujących pomiędzy sklepami z paszminowymi szalami, agencjami turystycznymi i kramami z tybetańską sztuką ludową. Niektórzy są w trasie od pięciu, ośmiu, dziesięciu miesięcy. Przed lub za sobą mają Pakistan, Nepal, Tajlandię. Pewien Niemiec po trzech miesiącach właśnie dotarł tu z Europy. W Iranie jego żona złamała rękę i miała skomplikowaną operację, on sam w Pakistanie złapał tyfus. Ale niespecjalnie ich to zniechęciło do podróży życia. Za miesiąc będą w Kathmandu, potem skok do Bangkoku, tajskie wyspy i wreszcie Australia. Motor będzie już na nich czekał w Sydney. W odwrotną stronę podróżuje Juan, nauczyciel matematyki z Madrytu. Od kiedy pięć lat temu stracił pracę, życie się z nim nie pieściło. Odeszła od niego dziewczyna, on sam imał się przeróżnych, przeważnie fizycznych robót. Zmywał naczynia w restauracji, pomagał na budowie i w sklepie. Wreszcie ponad rok temu powiedział dość. Uznał, że szans na uczciwe życie w pogrążonej w kryzysie Hiszpanii nie ma. Sprzedał mieszkanie i samochód i postanowił zrealizować marzenie z dzieciństwa. Wyjechał do Bangkoku. Tam za tysiąc dolarów kupił używanego Enfielda. Od tego czasu przejechał całe Indochiny i przez Bangladesz zameldował się w Indiach. W Bangladeszu miał sporo problemów z odprawą motocykla. Na przeróżne pozwolenia czekał ponad miesiąc, snując się po niemiłosiernie gorących ulicach Kalkuty. W końcu motor udało się odprawić, Juan przejechał całe północne Indie i stawił się w Ladakhu. Kiedy skończy się ta podróż? - Być może nigdy - śmieje się Juan, zaciągając się marihuanowym skrętem. - Tu, w Indiach uwierzyłem w reinkarnację, w to, że życie to podróż. Niekończąca się podróż... 

piątek, 17 sierpnia 2012



Krótko i treściwie. 16 sierpnia udało mi się pobić własny rekord wysokości. O 9.15 rano po 7,5 godzinach udręki wdrapałem się na Stok Kangri - jeden z trzech najwyższych szczytów himalajskiego Ladakhu - 6125 m n.p.m. (choć niektóre źródła dodają jeszcze ok. 20 metrów). Szliśmy czteroosobową grupą polsko-indyjską, na szczyt dotarła połowa z nas (po jednym z każdej nacji). Z ciekawostek: w przepaść o mało nie wpadł... przewodnik. Poślizgnął się na lodowcu – szedł bez raków – i zjechał z 15 metrów w dół. Udało mu się wreszcie obrócić na brzuch i wbić czekan w lód. Jakieś 1,5 metra nad przepaścią!!! Trochę wrażeń więc było, ale to na dłuższą opowieść. 

Ladakh - cudowny. Buddyjski i tybetański. Czysty (jak nie w Indiach). No i góry niesamowite, wszędzie wokół. Pozdrowienia! 

czwartek, 16 sierpnia 2012

 

Na chwilę zapominam o dziewięciu dniach w Kalkucie. Zdarzyło się sporo, będzie z tego większa opowieść. Tymczasem Kaszmir. W Srinagarze mieszka się na jeziorze Dal. Niesamowite miejsce. Po głośnej, brudnej i niemiłosiernie zatłoczonej 16-milionowej Kalkucie, milionowy Srinagar robi wręcz wrażenie wiejskiego przysiółka. Choć odnosi się to głównie do okolic jeziora. Jeszcze  w czasach brytyjskich zaczęto parkować tu mieszkalne barki, tzw. houseboaty. Wykańczali je ludowi kaszmirscy artyści, podnosił się standard i liczba łódek. Teraz buja się ich tu ponad 1400 i dzielą się one - niemal jak wypasione osiedla willowe w Konstancinie – na pięć klas, od deluxe po klasę D, czyli wodne slumsy. My mieszkamy w klasie A lub B. Nikt całej prawdy tu nie powie, podobnie jak nikt nie poda od razu realnej ceny. Tak czy inaczej jest pięknie. Wychodzisz rano na ganek, wokół woda, łódki, lotosowe ogrody, nad głową orły! Tak właśnie, dziesiątki orłów. Przy porannej kawie jeden siedział dziesięć metrów ode mnie i chyba oczekiwał dopiero na swoje śniadanie. No i ta cisza...

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

– To są Indie, man! Tu się nie pyta o pieniądze! Tu możesz wszystko załatwić za darmo, pod warunkiem, że znasz odpowiednich ludzi – mówi mi Vickram, 22-letni właściciel Kashi Guest House w Waranasi. Hostel jest tani, obskurny, za to dobrze położony. Siedzimy na dachu, gdzie mieści się hotelowa restauracja i patrzymy na Ganges i pobliski Manikarnika Ghat, najważniejszy ghat całopalny w całych Indiach. – Stąd jest najlepszy widok w całym Waranasi – zapewnia Vickram. I trudno z nim polemizować. Monstrualna rzeka na tym odcinku wpada w malowniczy łuk, kilka pięter poniżej widać ludzi krzątających się przy drewnie całopalnym, mistrzów pogrzebowych ceremonii. Wszystko jak na dłoni. Ojciec Vickrama jest jednym z nich, handluje drewnem, z którego powstają stosy. Mangowce można kupić już po 10 rupii za kilogram. Te trwalsze, mocniejsze kłody za 200 - 300 rupii, ale już drzewo sandałowe to wydatek 5-10 tysięcy. Sporo, więc rzadko kto kupuje więcej niż kilka deko. Ale sandałowiec jest ważny, zabija trupi odór palonych ciał. Dzięki niemu zapachy, jakie roztaczają się wokół pracującego 24 na dobę Manikarnika można by nawet nazwać przyjemnymi.

To dobry biznes, ale Vickram nie chce mieć z tym nic wspólnego. Jako 18-latek zaczął grać na giełdzie, zarobił dość spore pieniądze. Było go stać na kupno hostelu. - Teraz ludzie na dzielnicy mówią, że warto mnie znać. Moje nazwisko otwiera wiele drzwi. Chcesz permit na fotografowanie pogrzebów, daj znać, pogadamy z odpowiednim funkcjonariuszem. Chcesz znaleźć kogoś w mieście? No problem. Haszysz? Marihuana? Coś mocniejszego? Jedna chwila. 

Vickram lubi o sobie myśleć per „człowiek sukcesu”. Młody, bardzo młody człowiek sukcesu. – Po prostu wiem gdzie jest biznes. Pieniądze fruwają w powietrzu, man, tylko trzeba wiedzieć, jak je złapać. Ja wiem. Poza hotelem handluję z Europą. Nauczyłem się francuskiego i sprzedaję jedwab i bawełnę do Francji, Belgii, Kanady, Luksemburga. Wszędzie tam, gdzie mnie rozumieją. Tu ne comprends pas? OK... Angielski zna każdy, więc konkurencja jest duża. Ale taki francuski?! Hmmm? Wpadłbyś na taki pomysł? Nie, wybacz, man. Polskiego nie będę się uczył. To byłaby strata czasu. No bo ilu was jest? 4-5 milionów, right? 40? Hmmm… Nadal mało. Frankofonów jest pewnie z pięć razy więcej, są wszędzie i są bogaci. No i bardzo nie lubią mówić po angielsku. Klucz do suksu to dobry astrolog. Ale nie taki dziad uliczny za 300 rupii, jakich tu wielu. To wszystko ściema. Mój master wykłada astrologię i numerologię na uniwersytecie. Płacę mu kilka tysięcy rupii miesięcznie, by doradził mi w jakie dni powinienem inwestować i by odmawiał za mnie odpowiednie mantry. Znamy się kilka lat i nigdy się nie zawiodłem. Kiedy mówi mi, żebym w czwartek nic nie kupował na giełdzie, choćby były fantastyczne okazje, słucham go z pełną pokorą. I nigdy na tym nie straciłem. Oczywiście, mój zysk to czasem kupa forsy, a czasem ledwie parę rupii. Ale zawsze zysk. A więc mówię ci, man, astrolog to podstawa. Pomyśl o tym... 

wtorek, 07 sierpnia 2012
W dniu wyboru przez Zgromadzenie Narodowe nowego prezydenta Indii rozmawialiśmy ze studentami BHU, czyli uniwersytetu w Benares. Ramesh Chandra, 24-letni student języka chińskiego, wyjaśnił nam krótko, że ta cała szopka nie ma żadnego znaczenia, bo i tak krajem rządzi Sonia Gandhi, włoska wdowa po tragicznie zmarłym Rajivie.
sobota, 04 sierpnia 2012



 

 

Bhadohi. Nieduże prowincjonalne miasto znane z produkcji dywanów i wyzysku fabrykantów. Spotykamy Deepchanda. Na swojej Hondzie Hero wiezie nas po niewielkich warsztatach tkackich, manufakturach. Oglądamy ludzi przy krosnach, mozolnie przeplatających kolorowe sznurki, z których powstaną większe i mniejsze dywany, gobeliny, wycieraczki. Podobno w Bhadohi jest takich fabryczek blisko tysiąc. Od najmniejszych, ulokowanych gdzieś w skromniutkim chlewiku, po wielkie fabryki, należące do bogatych Amerykanów czy Europejczyków. Biedacy skarżą się, że z tych 5 czy 10 tysięcy rupii, które ktoś w mieście zapłaci za ich dywan, oni otrzymają marne grosze, najwyżej pięć procent z tej sumy. Ale żadnej alternatywy nie mają. Na indyjskiej prowincji, kiedy masz kąt do spania, parę rupii na codzienny obiad dla siebie i rodziny, a więc masz pracę, jesteś szczęściarzem. Większość nie może tego o sobie powiedzieć.

Jesteśmy na peryferiach Bhadohi. Jedziemy pomiędzy niewielkimi zrujnowanymi domkami z czerwonej cegły. Wszędzie wokół brudne kałuże, krowie placki. Właściwie to już wieś. Za naszym motorkiem – jedziemy na nim we trójkę! – biegnie horda dzieciaków. Deepchand twierdzi, że po raz pierwszy widzą białych. I są wpierw w szoku, a potem, w swoim żywiole. Nie znają ani słowa po angielsku, nie znają europejskich gestów, jak choćby przybicie piątki. Cieszą się po swojemu, wrzeszcząc i biegając wokół, na widok ludzi tak różnych od nich. Cieszymy się wspólnie. 

Deepchand nie chce od nas żadnych pieniędzy. Obraża się, gdy mu je proponujemy. Co więcej, zabiera nas do domu. Chce przedstawić żonie. Tym różnią się Hindusi z prowincji od tych z popularnych turystycznych miejsc, wielkich miast. Dla nich słowo gościnność wciąż wiele znaczy. 

Deepchand na co dzień jest spawaczem i dobrze mówi po angielsku, co nie jest tu częste. I to warsztat spawalniczy wpierw widzimy, gdy wprowadza nas do swojego domu. Żona, która jest kosmetolożką, zerka na nas przez małe okienko pomiędzy pokojami i po chwili znika. Musi się trochę ogarnąć – mówi Deepchand. W tym czasie poznajemy ojca i brata Deepchanda i kilku jego przyjaciół. Stoją na ulicy i przyglądają się nam z uwagą. Nasz gospodarz zapewnia, że dla niego goszczenie nas to wielki honor i ludzie z sąsiedztwa bardzo mu zazdroszczą. Krótko mówiąc: jego pozycja towarzyska po tej wizycie wzrośnie. Tym bardziej, że będzie miał nasze emaile i linki do konta na FB. 

Wreszcie po 15 minutach żona Deepachanda jest gotowa. Wchodzimy z warsztatu do salonu kosmetycznego, za którym jest sypialnia, oddzielona jedynie cienką zasłonką. Pomiędzy nami biega dwuletnia córeczka Deepchanda. Druga jest w szkole – możemy obejrzeć tylko zdjęcia. Obie dziewczynki są piękne i radosne. Ale obie urodziły się z poważnymi wadami. Starsza ma w sercu dziurę szerokości palca i jest pod stałą opieką kardiologów, młodsza ma zeza. Ale co robić… Deepchand wie, że tak musiało być, tak chcieli bogowie, taka karma.

środa, 01 sierpnia 2012



Doświadczenie upału. Ekstremalnego upału i totalnej wilgotności. Wycierasz się nerwowo co sekundę. Ale i tak płyniesz. Pot leci z czola, ze skroni, kapie z palców rąk i nóg. Czujesz strugi na plecach i ramionach. Zmieniasz t-shirt, a po dwóch, trzech minutach znów cały się lepisz. To nie są krople, to całe strumienie, potoki. Nie ruszasz się, nawet nie myślisz. A mimo to płyniesz, płyniesz, płyniesz... 

Siedzimy na dachu Shanti Guest House w Benares, gdzie przeważnie jest nieco chłodniej, bo czuć jakikolwiek wiatr. Ale nie ma to w tej chwli żadnego znaczenia. 

Dopiero po kwadransie zaczyna padać deszcz. Lać. Wszędzie wokół.

poniedziałek, 30 lipca 2012

 

W świętym dla Hindusów mieście Waranasi spotkaliśmy Leona Suchockiego, 25-letniego Polaka, który od czwartego roku życia mieszka w Indiach. Jego matka, Helena Suchocka, jest lektorką języka polskiego na BHU – uniwersytecie w Benares (czyli obecnie Waranasi), jednym z największych w Azji. Leon urodził się jeszcze w Warszawie, ale już jego młodszy brat zna tylko Indie. Mają jeszcze siostrę, która mieszka w Niemczech. Ich historia rodzinna to materiał na długą opowieść, mówiąc w skrócie wzięła się z miłości do indyjskiej filozofii i stylu życia. Teraz, pod koniec lipca, Leon jest w Waranasi sam, nie licząc ślicznej hinduskiej narzeczonej, ale o tym cicho, bo jej rodzice z północnych Indii (ojciec - oficer policji) na tę wieść dostaliby szału. Jak żyje Leon? Czy tęskni za Polską? Nie brak mu tych wszystkich europejskich wygód? Otóż nie. Leon właściwie nie zna innego świata. Albo inaczej: jego światem są Indie, Waranasi. Studiuje język perski na uniwersytecie i uczy się gry na sitarze. To pochłania większą część jego życia. Kiedy potrzebuje adrenaliny, wsiada na motocykl, bardzo popularną tu Hondę Hero. Kiedy chce odpocząć, idzie na ghaty, czyli nabrzeże jednego z najstarszych istniejących nieprzerwanie przez wieki miast świata. Sami mieszkańcy Waranasi uważają, że ma ono 5 tysięcy lat, naukowcy przychylają do liczby 3400. No i co drugi dzień Leon pokonuje trasę: uniwersytet (gdzie mieszka) - old town, by kupić paan, czyli to, co żuje każdy prawdziwy Hindus w tym regionie (owinięty w liść orzeszek betelu, umaczany wapnie i ajurwedyjskim sosie). Waranasi to światowa stolica paanu, a przy największym z ghatów - Dasaswamedh robią najlepszy paan na świecie. Tak przynajmniej uważa Leon. I dlatego nie kupuje go nigdzie indziej. O tym, że tutejszy paan cieszy się ogromną popularnością świadczą liczne czerwone plamy na bruku, ziemi i asfalcie. Po wyżuciu paanu Hindusi strzykają czerwoną betelową śliną wszędzie wokół. 

Leon prowadzi proste życie – Nie ma telewizora, nie pije piwa, nie pali haszyszu ani tytoniu - jak wielu Hindusów. Kiedy pytamy o życie nocne w Waranasi, odpowiada zwięźle: Daj spokój, night club? Tutaj? Przecież to tak jakby założyć klub go go w Watykanie!

piątek, 27 lipca 2012

Wczoraj wybraliśmy się łódką na łachę piaskową na środku Gangesu. Było święto Sziwy i poskramiaczy węży. W ramach obchodów, ten jeden raz w roku miały się odbyć zawody cow fighting. Taka hinduska odmiana corridy. Piaskowa łacha wygląda jak wyspa, choć faktycznie jest chyba tymczasowym półwyspem. Obywatele Waranasi przypływają tu na piknik. Siedzą gromadkami na ziemi, gawędzą, spacerują, nieliczni jeżdżą konno. No i dokładnie tego dnia mieli jedyną okazję, by obejrzeć walki krów. Jak się okazało, pewnie także byków (my wypatrzyliśmy jednego buhaja). Ale na możliwości się skończyło. Przez dwie godziny, w potwornym upale, spacerowaliśmy po łasze śledząc poczynania krowich stad. Naganiacze wpierw zapędzili je do wody, by się ochłodziły. Potem starali się zwrócić uwagę krów na konkurencyjne stado. Bez rezultatu. Stado w końcu uciekło mierzeją do wioski. A bukmacherzy musieli zmierzyć się z rozkrzyczanym tłumem żądającym zwrotu pieniędzy. 

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21
| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
O autorze
Tagi
http://wildfire.gigya.com/wildfire/PostAndNavigate.aspx?iSnid=9805&networkName=igoogle§ion=&combo2=&text1=wdrodze.blox,pl&text2=&SocNetUsername=&SocNetPassword=&authCode=&HtmlContent=%3cimg%20style%3d%22visibility%3ahidden%3bwidth%3a0px%3bheight%3a0px%3b%22%20border%3d0%20width%3d0%20height%3d0%20src%3d%22http%3a%2f%2fcounters.gigya.com%2fwildfire%2fIMP%2fCXNID%3d2000002.0NXC%2fbT%2axJmx%2aPTEyNjcwMTQ3NjQ%2aNzkmcHQ9MTI2NzAxNDgwODQ2MCZwPTE%2aNjQ4MSZkPSZuPWlnb29nbGUmZz%2axJm89NWI1ZTg5MmQz%2fMzQyNDNhMDljOTg4NjA3ODIyZGUzMDImb2Y9MA%3d%3d.gif%22%20%2f%3e%3ca%20href%3d%22http%3a%2f%2fs06.flagcounter.com%2fmore%2fTfy%22%3e%3cimg%20src%3d%22http%3a%2f%2fs06.flagcounter.com%2fcount%2fTfy%2fbg%3dFFFFFF%2ftxt%3d000000%2fborder%3dCCCCCC%2fcolumns%3d2%2fmaxflags%3d12%2fviewers%3d0%2flabels%3d0%2f%22%20alt%3d%22free%20counters%22%3e%3c%2fa%3e&isLayout=false&additionalParams=&partner=146481&source=&partnerData=&postAsBulletin=false&BulletinSubject=&BulletinHTML=&captchaText=&referrer=http%3a%2f%2fs06.flagcounter.com%2fflagcounter.cgi&postURL=&previewUrl=&previewUrl2=&previewUrl3=&previewCaptureTimeout=-1&openInWindow=true&campaignId=0&adGroupId=0&creativeId=0&publisherId=0&cl=false&gen=1&srcNet=&loadTime=1267014764479&pt=1267014808460&trackCookie=