|
poniedziałek, 18 lipca 2011
piątek, 06 maja 2011
czwartek, 05 maja 2011
Arosa - jedno z piękniejszych miejsc nie tylko w Gryzonii, ale i całej Szwajcarii. Stok kończył się niemal pod drzwiami naszego hotelu.
sobota, 16 kwietnia 2011
Zanim będzie o Wenezueli migawka ze Szwajcarii, dokładnie z Gryzonii. No, ładnie tam jest. Nawet bardzo. Początek marca 2011.
środa, 16 marca 2011
25. Wenezuela. W drodze do Maracaibo.
Fot. Typowy biust z Kolumbii, konkretnie z Cartageny.
Wenezuela i Kolumbia to jak Kenia i Tanzania, Czechy i Słowacja, Szwecja i Norwegia, Irak i Iran... Od kiedy dotarłem do kraju Chaveza, wszyscy napotkani meżczyzni przekonują mnie, że to świetny wybór, dużo lepszy niz Kolumbia. Koronny argument? „Tu po prostu kobiety maja wieksze biusty” (jeszcze wieksze? :) Tak czy inaczej jest zabawnie. W trakcie jazdy z kolumbijskiego Santa Marta do wenezuelskiego Maracaibo doświadczyłem scen i gestów wzruszających - ze strony trzech kolumbijskich staruszek. Rozmawiamy po hiszpańsku, więc nie wszystko rozumiem, ale to co najważniejsze chwytam. - Jesteś amigo de Chave? - pytają. - Nigdy wcześniej nie byłem w Wenezueli, ale sądząc z przekazów medialnych senior Chavez nie jest w moim typie. Raczej nie chciałbym mieć z nim nic wspólnego. - Dobrze, dobrze. Tylko nie mów tego głośno. Tam, z tyłu... Zerknij. Tam siedzi taki drab wielki. To jest amigo de Chave. - Nie zamierzam się do niego przysiadać. Po tej deklaracji jesteśmy już zaprzyjaźnieni. A panie mają ochotę opowiedzieć mi o kraju do którego jadę. A więc tak... Jako że Wenezuela nie jest gospodarką rynkową, cena dolara czy euro - jak u nas w PRL-u - jest sztywna, ustalana raz na jakiś (dłuższy) czas przez Chaveza, tzn. bank centralny. Obecnie za dolara oficjalnie płaci się około 3 bolivary. Oczywiście mało kto przejmuje się tym kursem. Wszyscy wiedzą bowiem, że na czarnym rynku można wymienić walutę z dwu-, a nawet trzykrotnym przebiciem. W tej chwili ten rynkowy kurs każe płacić za banknot z podobizną Waszyngtona około 8 i pół bolivara. Ale jedno, to wiedzieć, a drugie zrobić. Czyli wymienić. Kiedy panie dowiadują się, że dość nonszalancko nie wymieniłem pieniędzy na granicy, a jeszcze tego samego wieczoru chcę złapać nocny autobus z Maracaibo do Meridy, podnoszą larum, a następnie robią zrzutkę. - Przecież dolarami w autobusie nie zapłacisz, a nawet jeśli - to kierowca cię okantuje. Musisz mieć przynajmniej ze 200 bolivarów w kieszeni. Wymienimy ci. Mam 15 dolarów w drobnych. Podaję je jednej z nich. Panie namiętnie konwersują, po czym wręczają mi zwitek banknotów. W pierwszej chwili chowam do kieszeni, ale zaraz potem liczę. Wydaje mi się, że banknotów jest za dużo. Faktycznie, jest 240 bolivarów. O wiele za dużo. Tak jakby panie wymieniły mi nie po 8, a po 16 dolarów! Odliczam połowę i chcę oddać uroczym staruszkom. Ale one ani myślą wziąć pieniędze z powrotem. - W żadnym wypadku. Musisz mieć przynajmniej tyle. Bo w Maracaibo o tej porze kasy nie wymienisz, biletu nie kupisz. Zostaniesz tam biedny na noc. A potem cię okradną i zamordują. I będziemy cię miały na sumieniu. Bierz kasę i koniec. Co mam robić? Biorę.
fot. Nie wszyscy w Wenezueli są zauroczeni seniorem Chave. Chavez miente oznacza Ch. kłamie.
Już w Wenezueli, tuż za granicą rzuca się w oczy masa starych, odrapanych, ale jednak wielkich i długich aut z Ameryki. Mają po 30 - 40 lat, palą pewnie po 34 - 40 litórw benzyny na sto. To dość zaskakujący widok po Kolumbii, gdzie wszyscy starają się oszczędzać i nawet taksówki mają tak ciasne (przeważnie malutkie hyundaie atosy), że trzy osoby z plecakami, plus kierowca, mają spory problem, by się w nich zmieścić. Tajemnica wyjaśnia się później. Na stacji benzynowej. Kiedy okaże się, że litr benzyny w Wenezueli kosztuje mniej więcej nasze 2 (słownie= dwa!!!!!) grosze. Kótko mówiąc: jeździ się tu za darmo. Nasz autobus jedzie do Caracas (tu wamawiane rzecz jasna jako Karaka, bez końcowego „s”). Z Santa Marta - kawał drogi, prawie 20 godzin jazdy. Ja wysiadam mniej więcej w połowie drogi. W trakcie mamy dodatkowe, poza świetnymi krajobrazami, atrakcje. Ot, choćby taki komiwojażer, który próbuje nam sprzedać jakąś tanią biżuterię. Pan przemawia jak amerykański kaznodzieja, jest szalenie ekspresyjny. Pokrzykuje, gestykuluje. A publiczność, czyli my, pasażerowie, bijemy brawo, chrząkamy, mruczymy i śmiejemy się - przy co ciekawszych kawałkach. Jest miło. O domniemanych przewagach Wenezuelek nad Kolumbijkami - niebawem.
---------------------------
A tu jeszcze sympatyczna pamiątka z Medellin, gdzie spotkałem bodaj pierwszego w życiu Wenezuelczyka:
poniedziałek, 14 marca 2011
sobota, 12 marca 2011
piątek, 11 marca 2011
24. Veinticuatr. Kolumbia. Santa Marta, Taganga.
Wracam do Santa Marta. Wpierw klimatyzowanym autobusem, który jedzie od granicy wenezuelskiej do Baranquilli, a potem, z rogatek taksówką - motorem. Dość popularny sposób przemieszczania się również w niektórych częściach Indii, np. na Goa. Motorek jest dość ciasny, a mój kierowca dość narowisty, więc przy każdym hamowaniu uderzam kaskiem o tył kasku taksiarza. Jestem. Mój nowy pokój w Miramarze wygląda tak:
Na ścianie przyozdobiony jest zaś tak:
Dziś wieczorem postanowiłem obchodzić wigilię urodzin. Zakupiłem Medellin Anejo Ron (40 procent), objętość 0.7. Do tego w lodówce chłodzi się nieograniczona ilość piwa: Pilsner (czerwona nalepka) i Aguilla (żółta). Impreza jest pełzająca. Siedzimy najpierw w restauracji i lobby. Potem przenosimy się na dach. I tam dopiero robi się przyjemnie, przed północą temperatura wreszcie spadła do 30 stopni. :) Towarzystwo kolumbijsko - polsko - argentyńsko - brytyjsko - belgijsko - austriacko - holendersko - niemieckie. Gawędzimy przy alkoholu do 3 rano. A tu miała być relacja z szalonych, tanecznych, fantastycznych urodzin na Karaibach. Nie będzie. Wielki Manitou znów zakpił sobie ze mnie i dokładnie TEGO dnia pogrążył w malignie. Dobę dzielę więc pomiędzy łóżko, komputer a toaletę. Odkuwam się nieco dzień później. Jedziemy do Tagangi, fajnej hipisowskiej wioski, położonej malowniczo nam morzem. 10 minut busem colectivo z Santa Marty. Woda - rewelacyjnie ciepła, widoki - takież. Całe armie białasów zjeżdżają tu po tygodniach przedzierania się przez Amerykę południową, by przez miesiąc lub dwa po prostu leżeć na piachu - w dzień, a potem pić, ćpać i tańczyć - w nocy. Na głównym deptaku Tagangi - spora niespodzianka. Wpadam na Antonię, Angielko-Węgierkę, którą spotkałem dwa tygodnie temu w Medellin. A więc kawał drogi stąd. Nie planowała, że tu przyjedzie, ja w sumie też miałem być już w Wenezueli. Antonia pokazuje mi jakieś skrypty z rysunkami wyginających się nurków. Antonia kończy tu kus nurkowy, niebawem ma egzamin. Wieczorem zaprasza do swojego hotelu na piwo. Może, może... Tymczasem chcemy jednak się wykąpać i wybyczyć. Należy mi się to za nieudane urodziny...
środa, 09 marca 2011
23. Kolumbia. Santa Marta. Ryż kokosowy i Benavidez Przepis na Aroz de coco wygląda tak:
Rybę usmażyć a la plancha, czyli na patelni. Ryż ugotować w coca - coli, jukkę po prostu, w wodzie. Dodać koncentrat kokosowy. Z platanos zrobić patacones, czyli rozgnieść i usmażyć. Z warzyw zrobić sałatkę. Wszystko posolić i popieprzyć. Zjeść. Zachwycić się. Z kolei restauracja, gdzie wspomniane danie nabyć można drogą zamówienia u Iwony, tudzież Endera, wygląda tak:
... i mieści się w hotelu Miramar. W Santa Marta. W Kolumbii. Na Karaibach. Wiem już jak nazywa się inny „towar eksportowy" z Santa Marta. Otóż nazywa się Johann Vonlanthen i to na jego cześć wisi szwajcarska flaga w skromnej panaderii nad brzegiem morza w Parku Tayrona. Jakoś nie dziwię się, że nie zapamiętałem tego nazwiska, mało kolumbijskie się wydaje. Johann wyjechał z Karaibów jako dziecko, dość szybko stał się Szwajcarem, a wsławił się zwłaszcza tym, że w 2004 został najmłodszym strzelcem gola w historii piłkarskich mistrzostw Europy. Miał wtedy 18 lat i grał już w mocnym holenderskim klubie PSV Eindhoven. Wydawało się, że jego talent niebawem eksploduje i skończy się transferem do jakiejś Barcelony czy Arsenalu. Ale nie skończyło się. Minęło siedem lat, a Vonlanthen okupuje ławkę rezerwowych słabego austriackiego Red Bulla Salzburg. W reprezentacji zagrał wprawdzie w tym czasie aż 40 meczów i strzelił kilka ważnych goli, ale jego pozycja nie jest już taka jak na początku zawodowej kariery. Ciekawostką jest, że przy okazji niedawnych meczów Red Bulla z Lechem Poznań w Lidze Europy Johann zachwycił się atmosferą poznańskiego stadionu i zapragnął przenieść się do naszej ligi. Podobno zainteresowanie wyraziła Polonia Waszawa. Na razie jednak pozostaje to jedynie w sferze plotek. Piłkarz ze Szwajcarii wygląda tak: Johann Vonlanthen Benavidez Z kolei piłkarz z Polski, tak:
Arboleda po hiszpańsku oznacza lasek, tudzież gaj. Ale nie chodzi już o gaj palmowy, bo Arboleda nie pochodzi z Karaibów, a z z położonej dużo bardziej na południe Bucaramangi - której mieszkańcy znani są z pożerania wielkich mrówek, ale o tym przy innej okazji.
wtorek, 08 marca 2011
22. Veintidos. Kolumbia. Magic i mrówki Autor nieznany. Portret mężczyzny w kwiecie wieku, z liściem koki w zębach
Może trudno to zrozumieć, ale od czasu, kiedy po raz pierwszy pojechałem do Anglii, a więc dość dawno temu, obcokrajowcy, nie licząc niektórych Słowian i Azjatów, nie wiedzieć czemu maja wielki problem z wymówieniem mojego (naszego polskiego!, popularnego dość w końcu) imienia Maciek. Nie ma takiej opcji, zwłaszcza Anglosasi zawsze wymawiaja to mniej więcej jak „Magic” (czyt.: Medżik). Tak było wiele lat temu, gdy uczylem sie angielskiego w Londynie, tak było niezliczoną ilość razy później. Tak jest i teraz. Szwedzi, Hiszpan, Holenderka, a nawet Czesi mowia mi „Magic”. Do dziś z tym walczylem, starałem się, tłumaczyłem, poprawialem... Dziś odpusciłem. OK, będę Magikiem. Tak się będę podpisywał i przedstwiał. Przynajmniej zagranicą. Niech maja :)
Autor znany. Żywa natura z chivą. No dobra, do rzeczy... Noc była raczej z gatunku tych paskudnych. Zanim umościliśmy się w rozciągniętych hamakach kucharz z jedynej w okolicy knajpy zaproponował nam smażoną rybę albo... smażoną rybę albo... smażoną rybę. Tak, tę samą. Za to za cenę jak z ekskluzywnej bogotańskiej lub medellińskiej restauracji - 17 tysięcy pesos. Ryba była podła. Wyschnięta na wiór, oblana zjełczałym tłuszczem. Potem prysznic nad bajorem i do łóżek. Do hamaków, znaczy... Obudziliśmy się umęczeni i pogryzieni przez wszelkie możliwe insekty (zemsta za spermatyzowanie?), wkurzeni i zdeterminowani, by coś w naszym życiu zmienić. Radim i Vojta przede wszystkim chcą zmienić camping, tam dalej, za morzem, za morzem... No, dobra, za basenem naturalnym, morskim, nazywanym lokalnie La Piscina, są lepsze ziemie, i ludzie przyjaźniejsi... Ja - zmieniam wręcz kraj: z Kolumbii na Wenezuelę. Wpierw muszę wrócić jednak do Santa Marty. Wcześniej jednak jemy śniadanie w dość egzotycznie wyglądającej w tym miejscu szwajcarskiej panaderii, czyli piekarni. Składa się na nią nieduża chatka plus kilka rachitycznych stoliczków i krzeseł na zewnątrz. Na ścianie chaty - spora czerwona flaga z białym szwajcarskim krzyżem. O co chodzi? Nikt tu nie wygląda tu przecież na Helweta. Okazuje się, że przyszywanym Szwajcarem jest syn właścicieli. Jako młody, dobrze rokujący piłkarz wyjechał on z kolumbijskiej ojczyzny za chlebem. Tam błysnął, podpisał kontrakt, wreszcie został naturalizowany (skąd my to znamy? heheh). Zagrał nawet kilka meczów w szwajcarskiej reprezentacji. Teraz jednak podobno się skiepścił i o narodowej drużynie na razie może zapomnieć. A jak się chłopak nazywa? Zapomniałem. Ale sprawdzę.
No i... byczymy się na plażach Tayrony. No, dobra, rubaszny Carlosie Badillo, czy jak tam cię zwą, wygląda to trochę jak heaven lub paradise. Albo kiczowata pocztówka z wakacji. Błękit wody, biel piasku, skały - jak trzeba, brunatne, szare i w kolorze kości słoniowej, no i palmy - zielone, zieleńsze, najzieleńsze. No, ładne to jest. Ładne. I dzikie. Jeszcze parę lat temu wpuszczano tu tylko przyrodników i archeologów. Teraz trochę się zagęściło. Ale i tak, na szczęście!, tłumy niemieckich emerytów (i ich biura podróży) wciąż jeszcze nie były w stanie zdobyć tej naturalnej twierdzy.
Autor nieznany. Portet mężczyzny w kwiecie wieku zalanego w trupa. A potem dwugodzinny trekking powrotny do głównej drogi, tej na Santa Martę. W górę i w dół, po dróżkach i bezdróżkach. Ruch kołowy na większości trasy zakazany. A innej drogi nie ma. Niemiecki emeryt mógłyb tu sobie co najwyżej wypożyczyć muła. Upał potworny, plecak ciężki, coraz cięższy, iść się nie chce. Przypominam sobie, jak wczoraj, udając chojraka, wpieprzyłem się tu w błocko po kolana. Jeden z butów do dziś pokryty jest szczelnie pancerną, błotną skorupą - nie do skruszenia. W ramach rekompensaty, po dziewięćdziesięciu minutach człapania wysoko ponad drogą widzę zwierzę, które wydaje mi się czymś w rodzaju niewielkiego mrówkojada A może to dziwaczny pancernik z długim ogonem? W każdym razie mój piękny zwierzak, uwieszony z dziesięć metrów nad ziemią, rozgrzebuje przylepione do konarów i gałęzi gniazda ogromnych tutejszych mrówek. Wsadza tam swój kubicowski nos, aż wreszcie zadowolony mlaska i żuje... Stoję pod nim z zadartą głową, absolutnie zachwycony. Robię foty, podziwiam. Dobre dziesięć minut. Z drzewa sypią się kawałki mrowiska i kory. W „mrówkojadzim” uniesieniu niemal kompletnie tego nie zauważam... Z tego słodkiego letargu budzi mnie łaskotanie na gołych nogach. Zerkam w dół. Od kostek po szorty mam na sobie dziesiątki potężnych mrówek. Coraz odważniejszych mrówek. Niektóre już zaczęły mościć sobie na mnie kopiec. Uaaaaaaaaaa....! Matko bosko! Po raz pierwszy w życiu poczułem się jak Telimena.
Pancernik, tudzież mrówkojak. W każdym razie: szkodnik. Fascynujący szkodnik.:)
|
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Http://s06.flagcounter.com/flagcounter.cgi
Ulubione
Tagi
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||