Blog > Komentarze do wpisu

Indie, 92. Hindustan Zindabad!!!

Dzień 48, Amritsar - Attari


Lucky Guesthouse, mój nowy, całkiem elegancki hotel w Amritsarze. Wczoraj, w dość okropnym Tourist Guesthouse usypiałem w rytm pociągów odjeżdżających do Delhi. Dziś, przez całą noc przez pozbawione szyby okno dobiega śpiew pielgrzymów z Golden Temple. Mimo że świątynia jest ponad pół kilometra stąd, gdybym znał pendżabski, pewnie byłbym w stanie wychwicić każde słowo. Kiedy kończą jest już jasno, a ja jestem niewyspany.

Jadę na granicę. Chcę doświadczyć czegoś, o czym wśród backpackerów krążą legendy - ceremonii zamknięcia granicy indyjsko - pakistańskiej w Attari/Wagah.

Sto metrów od hotelu jest punkt zborny dla chętnych do wyjazdu. Taksówkarze życzą sobie za taki kurs 400-500 rupii. Najłatwiej i co najmniej dwa razy taniej można dojechać tam rikszą. Z Amritsaru do Attari jest 30 kilometrów, dojazd trwa nieco ponad godzinę. Daję się namówić na przejazd chudemu cwaniaczkowi z wąsem. Za przejazd życzy sobie jedynie 70 rupii, więc korzystam z okazji. Obok mnie jeszcze dwóch młodych Sikhów i cztereoosobowa rodzina gdzieś z prowincji.

Po drodze - widok jaki spotkać można chyba tylko w Azji. Dwóch młodych chłopaków wiezie na niewielkim skuterku kilka potężnych (co najmniej 2 na 2 metry) plansz blaszanych. Jeden prowadzi, drugi trzyma towar. Jadą niezbyt szybko, slalomem mijając pojazdy nadjeżdżające z przeciwka. Motorek kiwa się raz na jedną, raz na drugą stronę, z trudem utrzymując równowagę. Patrzę na to oniemiały i oczami wyobraźni widzę już kilka ściętych głów, które bez wątpienia by spadły, gdyby doszło tu do najmniejszego wypadku.

Na miejscu jestem około 17. Codzienny spektakl zaczyna się pół godziny później (w niektórych miesiącach jest to 4.30, zależnie od czasu, w którym zachowdzi słońce). Szczupła, wysoka oficerka o pięknej twarzy prowadzi mnie do tzw. trybuny vipowskiej, czyli dla turystów. Nie różni się ona znacznie od tych dla miejscowych. Za ławki służą tu twarde betonowe murki. Tyle że cała trybuna jest ustawiona nieco bliżej i pod lepszym kątem w stounku do sceny spektaklu, który się tu zaraz rozegra.

Każdego dnia od wielu lat odbywa się tu coś w rodzaju meczu Indie - Pakistan. Tyle że tu nie gra się ani w piłkę, ani w krykieta. W pewnym sensie jest też swego rodzaju erzac wojny. Do boju ruszają żołnierze obu armi, tyle że nie leje się krew, nikt nie oddaje jednego choćby strzału. Cała ceremonia jest jak z Gombrowicza wyjęta. Ten pojedynek polega na strojeniu groźnych min, na popisywaniu się własną sprawnością i nieustępliwością. Tu dostaje się punkty (brawa, okrzyki podziwu...) za wartość artystyczną programu.

W teorii chodzi jedynie o zamknięcie na noc granicy dzielącej dwa wielkie państwa, ale też krainę Pendżabu - ledwie trzydzieści kilometrów od granicy po stronie pakistańskiej leży miasto Lahore, przed 1947 rokiem, a więc podziałem kraju, równie ważne dla Sikhów co Amritsar. W praktyce - to swoisty pokaz siły dwóch skonfliktowanych ze sobą azjatyckich mocarstw, dwóch wielkich armii. Tu - kończy się jedynie groteskowym teatrem, nieco bardziej na północ w mającym wciąż płynną granicę Kaszmirze - wciąż trwa cicha wojna.

Zaczynają harcownicy, a więc przeważnie kobiety i młodzież z tłumu. Młoda kobieta w sari chwyta mocno w dłonie indyjską flagę i rozpoczyna sztafetę. Szybkim tempem pokonuje odcinek pomiędzy betonowym „łukiem triumfalnym”, a bramą graniczną. Wraca i oddaje sztandar kolejnej osobie. Publiczność na trybunach jest coraz głośniejsza. Na początku nieśmiało, a z każdą kolejną minutą coraz wyraźniej słychać gromkie: „Hindustan zindabad!!!”, czyli „Niech żyje Hindustan”, gdzie Hindustan to rzecz jasna alternatywan nazwa Indii.

Analogicznie bawi się publiczność w Wagah, czyli po stronie pakistańskiej. Tam można usłyszeć coś w rodzaju „Pakistan Zindabad!”.

Zaraz potem na ulicę z trybun zbiegają całe tabuny młodych Hindusek i rozpoczyna się regularna uliczna dyskoteka, w rytm podrasowanej bhangry, która dobiega z potężnych głośników. Nie trwa to długo. Po chwili porządkowi każą wracać na swoje miejsca, a do akcji rusza armia. Na asfaltowej nawierzchni karnie ustawiają się żołnierze. Emocje i zachwyt budzi już ich strój. na czarne buty naciągnięte są elastyczne białe podkolanówi, wyglądające trochę jak górskie stuptuty. Eleganki zielony mundur przyobleczony jest kolorowym pasem z „kutasikami”. Na ramieniu, pod epoletami - żółte, sięgające pachy galony. No i głowa... Zdobi ją czarny prosty kapelusz z kolorwym otokiem i... ogromnym czerwonym pióropuszem.

Siedzę wysoko na trubunie i gdzieś przez szparę między budynkami celnymi dostrzegam już rozciągających się młodych żołnierzy. To, co za chwilę się wydarza, powoduje euforię wśród Hindusów i salwy śmiechu wśród turystów. Zgrupowani w niewielkie oddziały żołnierze na przestrzeni dwustu metrów wykonują cały wymyślny i trudny do opisania układ choreograficzny. Są tu więc podbiegi i gwałtowne zarzymania, nieoczekiwane zwroty i obroty, jakieś saluty i stukanie obcasami. Ale najwaniejsze są tu KROKI. Kroki jakby stworzone tylko po to, by stać się kiedyś elementem skeczu grupy Monty Pythona. Co jakiś czas jeden z żołnierzy - pierwszoroczniaków (jak się dowiaduję) odrywa się od oddziału, by pognać w stronę granicznych wrót. Wpierw drobi, potem przyspiesza, wreszcie bierze zamach i co najmniej kilkanaście metrów pokonuje krokiem, który zaczyna się nad... głową. Na własne potrzeby nazywam to szpagatem pionowym. Wszystko odbywa się tak szybko, że z mojej betonowej loży trudno jest zrobić dobre zdjęcie. Cała moja trybuna wstaje, wrzeszy, bije brawo. Przede wszystkim jednak słychać niekończący się śmiech.

Robi się szaro. Na horyzoncie pojawia się pomarańczowa kula słońca. Dowódcy o niższej szarży salutują pod bramą tym wyżej postawionym, trzaskają obcasami. Tuż obok, ale już w innym kraju to samo odgrywają oficerowie w czarnych uniformach. W jednym momencie w dół idą dwie, zawieszone wysoko na masztach flagi. Pomarańczowo - biało - zielona z wpisanym w koło słońcem i ta biało - zielona z gwiazdą i półksiężycem. Około osiemnastej ostatni z żołnierzy uroczyście zanosi narodową flagę na nocleg do jednego z budynków straży granicznej, a brama się zatrzaskuje. Następna szansa na przekroczenie tej granicy - dopiero o dziesiątej następnego dnia.

Tłum ludzi rusza na oddalony o dobry kilometr parking.

Do Amritsaru wracam późnym wieczorem. Szybko okazuje się, że nasz rikszarz w trakcie granicznego show nie próżnował. Już w drodze powrotnej widzę, że jest tak pijany, że musi trzymać się kierownicy, by nie wypaść na ulicę. Patrzę na to z rosnącym przerażeniem, ale szybko zdaję sobie sprawę, że wielkiego wyboru nie mam. Jest noc, wszystkie pojazdy wokół są pełne. Wąsaty cwaniak od po alkoholu nabiera odwagi i dość wrednie próbuje jeszcze wyłudzić ode mnie jeszcze parę rupii. Kiedy nie skutkują początkowe podchody (taksa za pilnowanie bagażu etc.), podjeżdża na stację benzynową i każe uregulować rachunek. Odmawiam i robi się bardzo nerwowo. A w mojej głowie rozpada się, przyznaję - dość utopijna, wizja prawego i szlachetnego Sikha. Z drugiej strony, czy ten chudy człowiek z rzadkim wąsem aby na pewno jest Sikhem? Przecież nie ma ani brody, ani nawet turbanu?

W końcu jednak podjeżdżamy pod Złotą Świątynię. Zabawne, że staruszka, która z nami wraca, nie znająca nawet słowa po angielsku (jak zapewnia jej syn), ani razu nie używa pendżabskiego określenia „Harmandir Sahib”, tylko cały czas mruczy pod nosem „Golden Temple, Golden Temple”.  Może nawet nie zdaje sobie sprawy, że to po angielsku?

 

poniedziałek, 02 sierpnia 2010, mzungu1

Polecane wpisy

http://wildfire.gigya.com/wildfire/PostAndNavigate.aspx?iSnid=9805&networkName=igoogle§ion=&combo2=&text1=wdrodze.blox,pl&text2=&SocNetUsername=&SocNetPassword=&authCode=&HtmlContent=%3cimg%20style%3d%22visibility%3ahidden%3bwidth%3a0px%3bheight%3a0px%3b%22%20border%3d0%20width%3d0%20height%3d0%20src%3d%22http%3a%2f%2fcounters.gigya.com%2fwildfire%2fIMP%2fCXNID%3d2000002.0NXC%2fbT%2axJmx%2aPTEyNjcwMTQ3NjQ%2aNzkmcHQ9MTI2NzAxNDgwODQ2MCZwPTE%2aNjQ4MSZkPSZuPWlnb29nbGUmZz%2axJm89NWI1ZTg5MmQz%2fMzQyNDNhMDljOTg4NjA3ODIyZGUzMDImb2Y9MA%3d%3d.gif%22%20%2f%3e%3ca%20href%3d%22http%3a%2f%2fs06.flagcounter.com%2fmore%2fTfy%22%3e%3cimg%20src%3d%22http%3a%2f%2fs06.flagcounter.com%2fcount%2fTfy%2fbg%3dFFFFFF%2ftxt%3d000000%2fborder%3dCCCCCC%2fcolumns%3d2%2fmaxflags%3d12%2fviewers%3d0%2flabels%3d0%2f%22%20alt%3d%22free%20counters%22%3e%3c%2fa%3e&isLayout=false&additionalParams=&partner=146481&source=&partnerData=&postAsBulletin=false&BulletinSubject=&BulletinHTML=&captchaText=&referrer=http%3a%2f%2fs06.flagcounter.com%2fflagcounter.cgi&postURL=&previewUrl=&previewUrl2=&previewUrl3=&previewCaptureTimeout=-1&openInWindow=true&campaignId=0&adGroupId=0&creativeId=0&publisherId=0&cl=false&gen=1&srcNet=&loadTime=1267014764479&pt=1267014808460&trackCookie=