Blog > Komentarze do wpisu

Indie, 76. Smutek kawalera

Dzień 38, Agra

 

Wieczór kawalerski w mieście Wielkich Mogołów.

Agra wita nas deszczem. John pyta, czy mam coś zabukowane w mieście. Nie mam. On też nie ma. Parafrazując bohaterów „Ziemi obiecanej” mówię, że to dobry początek, by przenocować w iście imperatorskich salonach. Agrę do imperialnej świetności w XVI i XVII wieku doprowadzili Mogołowie, muzułmańscy potomkowie Czyngis-Chana. A to słowo ma odpowiednie konotacje. Nie przypadkiem w angielskim do dziś funkcjonuje określenie „mogul”, oznaczające potentata.

Łapiemy rikszę i jedziemy do Taj Ganj, muzułmańskiej dzielnicy położonej tuż obok celu nie tylko naszej podróży, niezwykłego Taj Mahal. W XVII wieku, kiedy najsłynniejszy grobowiec świata powstawał, Taj Ganj było częścią potężnego kompleksu nekropolitalnego. Teraz jest już za murami i - jak szybko możemy się przekonać - lata świetlne dzielą go od doskonałości najważniejszego zabytku Indii. Ledwie utwardzone ulice, na których po deszczu tworzy się błoto, jakieś biedne chatki na kurzych łapkach, nędzne sklepiki z tandetnymi pamiątkami... No i kilkanaście hosteli, rozlokowanych ciasno w promieniu 300-400 metrów od południowej bramy Taj. Żaden nie wygląda zbyt okazale, ale wiele z nich ma jedną, wielką zaletę - wspaniały widok z dach na grobowiec Mumtaz Mahal. Tego nie znajdzie się nigdzie indziej w Agrze. Krążymy między hotelikami, brodząc w błocku i szukając najlepszej relacji jakość/cena... Kaprysimy przy tym jak panny na wydaniu. A to nie odpowiada nam hałas generatora prądu za oknem, a to okna samego - brak. Irytuje nas wygórowana cena, oburzamy się na grzyb w łazience... Wychodzimy demonstracyjnie, po piętnastu minutach wracamy (a tam pokój już jest zajęty!:) W końcu trafiamy do przybytku o nazwie sławiącej imię fundatora Taj - „Shah Jahan”. Ładnie się nazywa, przyzwoicie wygląda. Zostajemy. Fochy zajęły nam godzinę.

Znów mam spory problem z żołądniem. Najwyraźniej gościnni restauratorzy z Varansi poczęstowali mnie lassi na bazie wody z Gangi. Cóż, zdarza się. Biegnę do apteki. Wąsaty famacetuta wpierw słucha w skupieniu, a następnie ordynuje mi zestaw tabletek. Te pomarańczowe są do rozpuszczania w wodzie i dadzą mi szansę na przeżycie. - Acha, i jeszcze jedno, przez najbliższe dni twoją dietę stanowić będzie wielka trójca: ryż, banan i twaróg. Słucham i kiwam głową. Jedno szczęście, że coś, co tu znane jest pod nazwą twarogu (ang. curd), bardziej przypomina gęsty jogurt bez dodatków. Można go kupić na każdym rogu, prosto z monstrualnej blaszenej misy, od uśmiechniętego pana mleczarza.

Rozdzielamy się z Johnem. Ja po bezsennej nocy w pociągu, wymęczony dietą a al Benares, dzisiejszy dzień odpuszczam, muszę się wyspać. On jutro jedzie dalej, do Bombaju, nie ma więc czasu do stracenia i biegnie zobaczyć Taj.

Wieczorem, znad ryżu, twarogu i banana zaglądam do magazynu „Film Fare”. Okładka, jakże by inaczej, z Salmanem Khanem, zajawionym jako „Most Wanted Actor”. A w środku m.in. szczere wyznanie indyjskiego King Konga dotyczące głębokiej jego niechęci do innych gwiazd Bollywood: ShahRukha Khana i Viveka Oberoia. Przykro... Ale za to Abisheka Bachchana lubi. Uff.

Posiłku nie daje mi spokojnie skończyć intrygujący dźwięk bębnów, dochodzący z okolicznych zaułków. Coś się dzieję. Chwytam aparat, płacę i wybiegam na ulicę. Idę za bębnami i wreszcie dopadam wielobarwny, hałaśliwy peleton, przeciskający się przez wąskie ulice.

- Wieczór kawalerski - szepcze mi do ucha stojący obok mnie chłopak.

Trochę to inaczej niż u nas wygląda - myślę sobie.

Wrażenie robi orkiestra. Bębniarze, trębacze, puzoniści, fececi uderzający w talerze... wszyscy wystrojeni w swego rodzaju białe mundurki z zielonymi lampasami, eleganckie czapki z niedużym daszkiem. Przypomina to wszystko trochę karnawał w Nowym Orleanie. Tuż za orkiestrą idzie wodzirej w ciemnym garniturze i z mikrofonem, dyktujący tempo, zachęcający do zabawy. Za nim goście weselni. Okutane szczelnie w piękne jedwabne sari kobiety i mężczyźni w jasnych koszulach lub marynarkach. Za nimi, pod koniec pochodu jedzie odświętnie ubrany pan młody. Z daleka widać, że należy do najwyższej kasty, Braminów. Na głowie bogato zdobiony kremowy turban z „piórkiem”. Do tego również kremowy, gęsto wyszywany w tradycyjne wzory uniform, na szyi - złocisty łańcuch. Barwnie, ale w dobrym stylu. Wokół niego obsługa marszu niesie „parasole” z girlandów. Tuż za nim ustawiona na platformie, wielobarwna ściana świateł - to już gadżet jak z dyskoteki w Mońkach. Ale chyba o to chodzi - tego po prostu nie da się nie zauważyć. Kawaler prezentuje się dumnie, nie wiedzieć czemu jednak towarzyszy temu najsmutniejsze spojrzenie świata. Przez pół godziny, które spędzam w tym rozśpiewanym i roztańczonym pochodzie, ani razu się nie uśmiecha.

Taj Ganj jest najwidoczniej dość popularny wśród młodych małżeństw, bo jeszcze tego wieczoru zostaję zaproszony na wesele całkiem innej już pary.

 

środa, 07 lipca 2010, mzungu1

Polecane wpisy

http://wildfire.gigya.com/wildfire/PostAndNavigate.aspx?iSnid=9805&networkName=igoogle§ion=&combo2=&text1=wdrodze.blox,pl&text2=&SocNetUsername=&SocNetPassword=&authCode=&HtmlContent=%3cimg%20style%3d%22visibility%3ahidden%3bwidth%3a0px%3bheight%3a0px%3b%22%20border%3d0%20width%3d0%20height%3d0%20src%3d%22http%3a%2f%2fcounters.gigya.com%2fwildfire%2fIMP%2fCXNID%3d2000002.0NXC%2fbT%2axJmx%2aPTEyNjcwMTQ3NjQ%2aNzkmcHQ9MTI2NzAxNDgwODQ2MCZwPTE%2aNjQ4MSZkPSZuPWlnb29nbGUmZz%2axJm89NWI1ZTg5MmQz%2fMzQyNDNhMDljOTg4NjA3ODIyZGUzMDImb2Y9MA%3d%3d.gif%22%20%2f%3e%3ca%20href%3d%22http%3a%2f%2fs06.flagcounter.com%2fmore%2fTfy%22%3e%3cimg%20src%3d%22http%3a%2f%2fs06.flagcounter.com%2fcount%2fTfy%2fbg%3dFFFFFF%2ftxt%3d000000%2fborder%3dCCCCCC%2fcolumns%3d2%2fmaxflags%3d12%2fviewers%3d0%2flabels%3d0%2f%22%20alt%3d%22free%20counters%22%3e%3c%2fa%3e&isLayout=false&additionalParams=&partner=146481&source=&partnerData=&postAsBulletin=false&BulletinSubject=&BulletinHTML=&captchaText=&referrer=http%3a%2f%2fs06.flagcounter.com%2fflagcounter.cgi&postURL=&previewUrl=&previewUrl2=&previewUrl3=&previewCaptureTimeout=-1&openInWindow=true&campaignId=0&adGroupId=0&creativeId=0&publisherId=0&cl=false&gen=1&srcNet=&loadTime=1267014764479&pt=1267014808460&trackCookie=